Home Rozrywka Pianista-gwiazda i genialny dyrygent tworzą charyzmatyczny duet

Pianista-gwiazda i genialny dyrygent tworzą charyzmatyczny duet

10
0

W czwartkowy wieczór w Kennedy Center wschodząca gwiazda i supergwiazda rozświetliły salę koncertową.

Wschodzącą gwiazdą był 23-letni fiński fenomen Tarmo Peltokoski, dyrektor muzyczny Łotewskiej Narodowej Orkiestry Symfonicznej, który zadebiutował jako dyrygent z Narodową Orkiestrą Symfoniczną (w programie powtarzanym w sobotę i niedzielę). Gwiazdą była słynna 36-letnia chińska pianistka Yuja Wang, która z urzekającą łatwością wykonała thrillerowy drugi koncert fortepianowy Bartóka.

Ostry. Dowcipny. Przemyślany. Zapisz się na newsletter Style Memo.

Koncert był centralnym punktem programu, który rozpoczął się preludium Wagnera do „Die Meistersinger von Nürnberg” z 1862 r., a zakończył pierwszą symfonią Jeana Sibeliusa, Finna Peltokoskiego. I choć Wang wniosła gwiazdorską moc – a jej jasna suknia w kolorze fuksji wywołała zachwyt – przez cały wieczór w sali panowała energia wielkiej nocy.

Peltokoski wszedł na podium ze sprawnością, która mogła sugerować drżenie, ale od początkowego wybuchu preludium do miażdżącego, dźwięcznego zakończenia, z widoczną przyjemnością poruszał się w krzyżującym się strumieniu emocji. Wyginając się do tyłu, rozkoszował się dużymi pchnięciami mosiądzu Wagnera; pochylając się, prowadził tęskne struny preludium z płynną łatwością dobrego pływania.

Jego szybkie połączenie z orkiestrą było wyraźne, gdy przywoływał wibrato puzonu ruchem ręki lub błysk kurantów poruszającymi się palcami. Peltokoskiego oglądało się z przyjemnością, po części nie tylko ze względu na przestrzeń, jaką pozostawił dla własnej radości, ale także ze względu na świeże kolory, jakie odnalazł w tkaninie preludium, jakby strzepnął z niego kurz. Chętnie usłyszałbym, co mógłby zrobić z pozostałymi czterema godzinami opery.

Wang — pianistka o niepodważalnej technice i wyjątkowej wrażliwości — to także muzyk, który swoją przyjemność przekazuje nie tylko grając, ale także występując. Oczywiście, zaowocowało to takimi określeniami jak „niegrzeczna”, bezużytecznymi krytycznymi dyskusjami na temat długości jej spódnic i bezceremonialnymi porównaniami między jej wyglądem a „pomocnik poskramiacza lwów.” Klawiatura jest tutaj, ludzie.

To, co gubi się w wyczerpująco powierzchownym traktowaniu Wang – która właśnie zdobyła nominację do nagrody Grammy za album z Louisville Orchestra „The American Project” – to niezwykła głębia, jaką wnosi do swojej gry, co zostało w pełni pokazane w czwartkowej relacji rzekomo Bartóka wymagający koncert.

Jej wstępna reakcja na sygnałowy motyw trąbki była tak uderzająca, że ​​można było przejść przez cały ruch Allegro, nie zauważając braku strun. Wang oddawał się jego hałaśliwym rytmom, precyzyjnie artykułując niezwykle niezwykły, harmoniczny język Bartóka – który zdaje się uśmiechać szeroko w związku z brakującym zębem – w kadencji wykonywanej z zadziwiającą zręcznością. Peltokoski precyzyjnie zbalansował pióropusze fletu, oboju i instrumentów dętych orkiestry z niesamowitą różnorodnością barw i szybkością Wanga.

Część druga była szokująco cicha, wtapiała się w bezruch smyczków Bartóka, które Peltokoski oddał z intensywnością księżycowego światła. Początkową mgłę lekko przyciemnionych, delikatnie przechylających się akordów zakłóciło jedynie dzwonienie czyjegoś telefonu, krótka solówka czyjegoś skrzypiącego zawiasu fotela i delikatne wejście Wanga. Mozolny, niemal drwiący pasaż ustąpił miejsca zaskoczeniu ruchu i przeszedł w presto, gdzie oszałamiająca praca palców Wanga została przebita kolcami fletu i klarnetu. Zamazanym, dwudźwiękowym trylem przebiła się przez powrót miękkich smyczków jak wiertło i niemal zniknęła w ciemności groteskowej gry cieni kadencji.

Peltokoski i Wang poprowadzili część finałową („Allegro molto — Più allegro”), pełną dudniących wymian fortepianów i kotłów oraz porywającej kompozycji tytanicznych instrumentów dętych. Wang rysował bujne detale w burzliwych rytmach, które w mniejszych rękach mogły przerodzić się w czystą przemoc. Pięknie dobrała kolorystykę z orkiestrą, którą Peltokoski doprowadził do wybuchowego, energetyzującego zakończenia.

Nieczęsto się zdarza, aby gościnny dyrygent i wykonawca znajdowali takie pocieszenie w objęciach nieznanej orkiestry. Aby podkreślić istotę tej łatwej kompatybilności, obaj pozwolili sobie na bis, a potem drugi, Peltokoski i Wang siedzieli na tej samej ławce przy pianinie, aby grać uroczo przyjacielsko na cztery ręce „Tańce węgierskie” Brahmsa – nr 1 i 5.

Prawykonanie pierwszej symfonii Sibeliusa odbyło się w Filharmonii Helsińskiej pod dyrekcją kompozytora w 1899 r. (choć dziś słyszymy jej rewizję dokonaną rok później). W czterech częściach można odnaleźć wszelkiego rodzaju małe, próbne wersje efektów dźwiękowych i mechanizmów rytmicznych, które w pełni wykorzystano w jego późniejszych symfoniach – niczym malarz wyczuwający własne pociągnięcia pędzla. W małych, splatających się ze sobą melodyjnych figurach słychać coś niezawodnego, a jednocześnie nieregularnego, jak śpiew ptaków. Słychać także rozwijający się podpis najbardziej ukochanego kompozytora w Finlandii.

Szacunek, jaki Peltokoski darzył Sibeliusa i to szczególne dzieło, był wyraźny w całym jego wrażliwym, pełnym zaangażowania występie. Rozpoczyna się wspaniałą solówką głównego klarnetu Lin Ma, a pierwsza część wtapia się w gąszcz szorstkich strun, które pękają jak tama. Młody dyrygent wykazał się doskonałą znajomością zróżnicowanego terenu – strużek harfy, grani mosiądzu, długich, unoszących się w powietrzu smug klarnetu i fletu. Być może nieco zbyt pochłonięty jego pięknem, tupnięciem stopy przyćmił szarpnięcie pizzicato na finiszu.

Podszedł do ruchu andante w pozbawionym sentymentów tempie, zachowując jego elegancję w nienaruszonym stanie, zwłaszcza poprzez piękną solową pracę Davida Hardy’ego na wiolonczeli. Ponure powtórzenie tematów zostało zniesione przez chłodne wichury fletu – Peltokoski ma talent do pozwalania, by dzika strona Sibeliusa mówiła sama za siebie.

Części trzecia i czwarta, wykonane bez przerwy, podkreślały naturalistyczne podejście Peltokoskiego: Słuchanie tematu trzeciej części przekazywanego po orkiestrze przypominało obserwowanie rozprzestrzeniającego się płomienia. Wspinaczka do kulminacji części czwartej była równie pomysłowo kontrolowana, jak każda inna, jaką słyszałem, a mimo to widok wydawał się zupełnie nowy. Ponowne przedstawienie Sibeliusa było równie ekscytujące, jak właściwe zapoznanie się z Peltokoskim – dyrygentem, który nie mógł zrobić nic poza pierwszym wrażeniem.

Program powtarza się w sobotę i niedzielę w Kennedy Center. kennedy-center.org.

Źródło

Previous articleBrooke Schofield Utrata masy ciała: zdjęcia przed i po
Next articleNieogłoszony import Jois przyciąga uwagę wiodącego NorthPort

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here